Przez zielone Mazury

Na przekór ogólnej wizji Mazur, jako miejsca dla ludzi wody, postanowiliśmy z Katarzyną zaprzyjaźnić się z nimi od strony rowerowej. Nie znając tych lądowych terenów i naszych wspólnych możliwości zaplanowanie trasy wymagało ode mnie trochę posiedzenia nad mapą i internetem. Wracając do poprzedniego postu, przypomnę, że dojazd pociągiem na Mazury z Łodzi, też nie jest najłatwiejszy. Na szczęście udało się to poukładać w całość i naszą kilkudniową przygodę rozpoczęliśmy w Sątopach-Samulewie. Czytaj dalej

Reklamy

O rowerze w pociągu

Na dworcu (fot. Kasia)Rower to mój ukochany środek transportu, bo daje mi wolność. Niestety ta wolność mocno zależna jest od czasu, którego często jest za mało. Skutkuje to tym, że chęć pojechania w wymarzone miejsce spotyka się z ograniczeniami. Tak też było z tegoroczną majówką. Od dawna zaplanowaliśmy sobie z Kasią, że na pierwsze wspólne „sakwy” pojedziemy na Podlasie. Jechać można bezpośrednio rowerem, w końcu to tylko 350 km, ale dojazd zająłby nam cały weekend. Łatwiej dojechać autem, ale jego brak, więc zostaje pociąg, którego jak się okazało w internetach też brak (remont torów na trasie Warszawa-Białystok). Niby rower = wolność, ale rower + brak czasu = pojedziesz tam, gdzie ci system pozwoli. Czytaj dalej

W pogoni za zającem

Jak co roku w okresie wiosennym z wolnymi weekendami nie jest lekko, a to święta, a to biwaki albo coroczne imprezy. Pech chciał, że jeden wyjazd został odwołany. Na szczęście nie ma tego złego co by na dobre nie wyszło. Inne okoliczności przyrody pozwoliły mi zaplanować weekend w Grabnie. Wielce mnie to ucieszyło, gdyż z roku na rok coraz rzadziej tam jeżdżę. Już wielokrotnie jeździłem na działkę rowerem, ale zawsze z Łodzi. Tym razem postanowiłem złamać schemat, a możliwość darmowego przewozu roweru w Łódzkiej Kolei Aglomeracyjnej ułatwiło mi to. Kierunek padł na Sieradz. Czytaj dalej

Marny ze mnie detektyw

Zacznę od przyczyny wyjazdu. Na jednej ze zbiórek drużyny, podchodzi do mnie Ola i pyta się mnie, czy bym w dniu przekazania drużyny pojechał za Anią do Krzeszowic, aby sprawdzić czy sobie radzi z zadaniami, Ja na to czemu nie, nie ma sprawy. Szkoda tylko, że nie byłem świadomy gdzie są Krzeszowice i zgodziłem się trochę na czuja. Dopiero po dwóch dniach oświeciło mnie! Krzeszowice są pod Krakowem! No to wdepnąłem, sobie powiedziałem. Ale chwila moment, od dłuższego czasu miałem już dosyć siedzenia w domu, taki wyjazd będzie dobrą odskocznią. Dowiedziałem się od Oli o szczegółach wyjazdu. Wyjazd 6:10, mam zobaczyć czy dobrze wysiadła, potem, dopiero spotkać się z nią o 15 i zjeść razem obiad, pomóc w ostatnim zadaniu i wrócić z nią wieczorem prosto na biwak. I tak było, ale wszystko po kolei.. Czytaj dalej